Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z wrzesień, 2014

Dźwigaj i pozostań kobieca.

Silna niekoniecznie oznacza męska. Trenująca z ciężarami niekoniecznie oznacza "chłopaczara". Dbanie o rozwój mięśni to niekoniecznie kulturystyka.

Wolne ciężary, podobnie jak reszta sportów, nie są dla wszystkich. Nie przekonuj na siłę swojej koleżanki, która boi się, że od nich urośnie. Sekretem sukcesu frekwencji kobiet na zajęciach z kettlebell nie jest namolne nagabywanie, nacisk czy presja.

Kiedy ubieram się "po cywilnemu", czyli tak zwyczajnie - wcale nie widać czy trenuję. Mam zwyczajną sylwetkę rozmiaru 36/38. Może sweterki i kamizelki bardziej opinają mi się na ramionach - ale hej, szyją te rękawy coraz węższe, przysięgam. Czy wkurza mnie to, że nikt na pierwszy rzut oka nie zgadłby, ile czasu poświęcam na trening? Nie. Wkurza mnie, że nie mogę kupić spodni na siebie, które w udach są za ciasne, a w pasie za szerokie. Czasem też mam chwile babskiej zazdrości, gdy patrzę na wysokie chudzielce w obwisłych szarych szmatach, które na nich układają się w malowni…

Trenujesz SIŁĘ, nawet gdy jej nie trenujesz

Przy Pole Dance strasznie denerwuje mnie stereotyp, że "trzeba mieć silne ręce". Tak jakby te właśnie ręce, załatwiały absolutnie wszystko! Co więcej, ciężko sprecyzować co to są owe silne ręce - te które zrobią 10 męskich pompek? Te które porwą talię kart? Czy te które będą dźwigać 7kg dziecko przez godzinę?
Uwierzcie, moje wielkie i mięsiste bicepsy* *love bardzo szybko przestały wystarczać, szczególnie, gdy trzeba było zacząć zadzierać tłuste dupsko w górę, nie wspominając o figurach, gdzie trzymasz się STOPĄ i tylko STOPĄ.

Do rzeczy jednak. Do Pole Dance trzeba być niewątpliwie silnym. Wierzę, iż siła odnosi się do większości sportów, gdzie sięgasz po zawodowstwo, a przynajmniej amatorstwo nałogowe. Jednak mamy siłę - która odnosi się do umiejętności fizycznych, i mamy SIŁĘ - która jest pojęciem psychologicznym. Jako, iż najczęściej piszę o tej pierwszej bardzo dosłownie, a tą drugą miziam po powierzchni, dzisiejsza notka będzie właśnie o trenowaniu SIŁY, nawet wtedy, gdy …

Bikini Body. Czyli nie o mnie.

Nie cierpię czytać wszelakich fitnessowych fan page'y czy blogów. Nawet pewnie nie zdajecie sobie sprawy, ile mamy zachwycającej urody Polek, które mają ciała jak spod dłuta Michała Anioła. I one publikują. Publikują zdjęcia z rąsi, zdjęcia z lustra, zdjęcia żarcia dla chomików, wpisy motywacyjne (które moja sarkastyczna osoba postrzega jako "CIESZYMY SIĘ! Supcio supcio!" w połączeniu z gwałtownymi wymachiwaniami przeszczepów), złote myśli ("Nigdy nie przestawaj walczyć! Dzień sukcesu jest coraz bliżej!"), wyliczenia rodzajów własnej aktywności fizycznej i ...

Dobra, przepraszam, trochę pluję jadem. Ale wciąż się miło uśmiecham, więc chyba to wybaczalne.

Nie piszę tego z zazdrości, nie piszę tego by ośmieszyć entuzjazm fitnessek. Ogólnie piszę to, bo najbardziej bałam się, że mój blog sprowadzi się w pewnym momencie do "Wierzę w Ciebie! Super Ci idzie! POTRAFISZ! Trzymaj tak dalej!" - czyli tego, na co mam uczulenie. Wciąż jednak dziwne się ludziom wyda…

Mniej znaczy więcej. Mniejwięcej.

Zaczynam się zakochiwać w jeszcze prostszej prostocie treningu. Obawiam się, że niedługo wejdę w ten stan Zen, że zacznę rozpatrywać myślenie o treningu jako trening. A nie, wróć, tak robią jamochłony. Ale do rzeczy, o co z tym absolutnym uproszczeniem chodzi?

Może będzie to strasznie niewygodne stwierdzenie dla wielu osób mnie czytających, ale po czym poznać początkującego zapaleńca?

ROBI WSZYSTKO NA RAZ.
I ABSOLUTNIE nie mam tu na myśli symetrycznej pracy ciała i harmonijnym rozwoju całej sylwetki.

Chce wszystkiego - schudnąć, zrobić masę, siłę nóg, silnego press'a, szpagat i mostek, nie wspominając o kondycji Nie_Do_Zajechania. Najlepiej - w dwa tygodnie. Tink!

O ile zawodowi sportowcy trochę zazdroszczą początkującym szybkich efektów, które przez pierwsze pół roku (uogólniając) lecą jak pojebane pardon my french , o tyle zdają sobie sprawę, że w kolejce zawsze czeka kryzys - gdy już osiągniemy pewien pułap, progres nie jest tak bardzo spektakularnie widoczny. I rodzą się wątpli…

Padłaś? Poleż. O godzeniu pracy z przyjemnością.

Muszę poleżeć i przemyśleć nie tylko czy karma po myszy wróci mi między oczy, ale czy faktycznie nie biegam w kołowrotku ze swoimi treningami.

Tak, wiem, MOCNE.

Zauważam, że od pewnego czasu jestem ciągle zmęczona. Zmęczona się budzę, zmęczona zaczynam trening, trochę lepiej jest po treningu, ale zaraz trzeba prowadzić trening, więc znowu zaczynam być zmęczona. Zmęczona gotuję, jem i się dokształcam. Wszystko na zmęczeniu, włącznie z odpoczywaniem.

Jako strateg, zaczęłam powody zmęczenia rozkładać na czynniki. Wpierw dodałam sobie dodatkowy Rest Day w tygodniu, ale przecież tyle fajnych rzeczy jest do zrobienia... No to okroiłam obowiązki, scedowując część obowiązków na inne śliczne barki. Oczywiście, natura nie lubi próżni, więc w miejsce oddanych przyszły nowe - ale do czego zmierzam?

Może czas zmienić coś treningach?

Wiele osób prosi mnie od dłuższego czasu na poruszenie tematu godzenia obowiązków trenera z pasją trenowania. Mówiąc prościej - jak połączyć trenowanie innych z trenowaniem…