Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z październik, 2014

Palenie, które nie szkodzi zdrowiu.

Nie lubię wchodzić na wagę, przyczynia się do moich małych kryzysów osobowościowych. Im smuklejsza się wydaję, tym cięższa się staję.

"Mięśnie ważą!", no raczej.

Tyle, że tłuszcz też waży, a ja nie wzdrygam się przed wpierdalaniem smakołyków. Nie tłumaczę sobie naiwnie, że idzie w cycki - ale gdy trzeba zrobić trening spalający te wszystkie puste kalorie, to ohoho! wtedy cycki na pewno spalają się jako pierwsze. Trzeba mieć więc jakieś priorytety i, nie zrozumcie mnie źle, zasłanianie się dbaniem o dwa wielkie wory tłuszczu zawieszone u szyi, nie jest dla mnie czymś logicznym. Szczególnie, gdy towarzyszą temu kurczakowate ramiona, bez najmniejszego śladu mięśnia.

Małe cycki w sporcie są lepsze. Nie ma ryzyka wybicia zębów przy biegu i podskokach, nie przeszkadzają w cleanach, są bardziej aerodynamiczne na pływalni, nie plączą się przy stretchingu. Owszem. Jasne.

Szczerze jednak mówiąc, kobieca klatka piersiowa płaska jak czoło szczura jest równie pociągająca, jak gęsto owłosione…

Pomiędzy kawą a kokainą

Uwielbiam współpracować z ludźmi o różnych pasjach. Lubię czuć ich ciepło, patrzeć na niesamowite rzeczy, których dokonują. Staram się ciągle poszerzać swoje ruchowe horyzonty o rzeczy, które mi się podobają. Tak. Nie o dyscypliny warte zachodu, ale właśnie o rzeczy - które mi się podobają.

Bierze się to stąd, że nie ma we mnie przymusu bycia najlepszym. Nie ma potrzeby osiągania rekordów - jest tylko szczera chęć, by ruszać się coraz lepiej. By za 10 lat pogratulować sobie braku zadyszki, a za 20 lat tyłka. By za 40 lat być samodzielna i nie spędzać życia w poczekalniach do doktora.

Czy lubię muzykę bardziej niż inni? Nie. Czy mam lepsze czucie rytmu? Nie. Czy moje ciało ma predyspozycje do oszałamiających wygięć, rzutów czy absolutnego bezruchu? Nie.

Jestem ja, ze swoim napoczętym sportem ciałem i pragnienie, by przez chwilę być w zgodzie z całym wszechświatem. Zen duszy przy harmonii ruchu ciała.

Nie znajdziesz tego na siłowni.

Nie znajdziesz tego w dyskotece.

Znajdziesz to tylko w sobie

A może budyń..? Słowo o soul rest.

Choć większość z "niedzielnych czytaczy" bloga myśli o mnie jako o samotnej fitnessce udzielającej się pro publico bono* *a przynajmniej większość maili o tym świadczy, większość mojego czasu pochłaniają nie treningi osób przynależących do Iron Church* *Zielona Góra, Zacisze 16 - najlepsze kettle i kawa w mieście, ale marketing i zarządzanie właśnie. Jestem Panią Kierowniczką, czyli Kurą Naczelną.

Oczywiście wszystko w temacie programowania treningowego z kettlebell pod cele wszelakie, metodyki nauczania pod Pole Dance, reklamy obydwu tych stworzeń zarówno lokalnie jak i krajowo, wizerunku klubu, dobru studentów oraz.. pomocy w rozwoju instruktorów i asystentów Centrum Kettlebell.

W związku z tym, kiedy czasem poruszam jakiś drażliwy temat na blogu - wbrew pozorom, nie wylewam własnych żali, nie gadam do siebie i nie wymądrzam się na pokaz. Ten blog ma pomagać nie tylko rozpowszechniać treningi funkcjonalne z kettlebell metodą HardStyle* *i syczenie, nie zapomnijmy o syczeniu.…

Poradź sobie z fochem za pomocą kettla.

Wśród osób początkujących jest pewna maniera, które osoby o mnie upartych charakterkach zatrzymuje w rozwoju. W zależności od sportu, albo początki są łatwe i człowiek się zachłystuje własnymi sukcesami, albo początki są trudne i zniechęca na widok własnych braków. Tym czy innym sposobem, zdarza się nam często kończyć coś przed prawdziwym startem, gdy pojawiają się problemy.

Można mieć focha na świat. Nawet należy mieć focha na świat, który uczy nas, że porażka to coś, czego trzeba unikać. Jednak sam foch nie wystarczy.

Próbowałaś kiedyś obrazić się na swojego mężczyznę i nie tłumacząc mu cierpliwie powodu, milcząc wręcz naburmuszenie, czekać aż sam wpadnie na to co ma powiedzieć lub co zrobić? Albo obrazić się na wagę łazienkową, po czym pójść zjeść coś słodkiego?

No raczej.

Żaden rodzic nie lubi, gdy jego dziecko przejmuje się swoją porażką. Zaczyna je pocieszać* *chyba, że ma się dwóch starszych braci którzy uwielbiają tyrać młodszą siorę, często odbierając znaczenie sytuacji poprze…

Marlo Fisken czyli stal która się zgina a nie łamie.

Proszę państwa, crossfit i chodakowska-fit niszczą mózg, na zupełnie innym poziomie niż przypuszczacie* *jeśli zamierzasz napisać jaki Crossfit lub Chodakowska jest/są, idź proszę popisać sobie gdzie indziej. Z zażenowaniem stwierdzam, że pomimo iż uprawiam "ruskie rękodzieło", kampanie reklamowe wdarły mi się głęboko w podświadomość. I to bez udziału telewizora.

Ruch ma być trendy, a więc i flashy - ma najpierw walić po oczach kolorkami, a następnie zalewać je potem. Prawda? Nie.

Neonki, wszędzie neonki. Nawet na Angeli, proszę państwa, mamy neonki. Do tych neonków - specjalności gadżetowe. I wychodzi taka Marlo, w swojej szarości i na bosaka. Bez stylisty i makijażystki. Bez najprymitywniejszego sprzętu. Bez najnowocześniejszych cudów techniki. Ze swoim ciałem. I dopóty nie zaczyna swojego Flow, nie wiesz właściwie, co w niej specjalnego. Żeby chociaż jakaś taka bardziej AMERYKAŃSKA była, z opalenizną hawajską i przezabiałym uśmiechem Colgate.



Sylwetka Marlo to temat do dysku…